Bohemian Rhapsody – recenzja filmu

Moja prywatna rewolucja muzyczna zaczęła się od zespołu Queen.

Dawniej słuchałem głównie soundtracków do filmów i gier, muzyki klasycznej, folkowego metalu, rzadziej szant. Z muzyką popularną (tak będę nazywał muzykę, którą normalnie można usłyszeć w radiu i znajduje się na najpopularniejszych listach przebojów) miałem nie wiele wspólnego – nie „nie lubiłem”, po prostu sam jej sobie nie puszczałem, a gdy gdzieś leciała to nie zwracałem za bardzo uwagi.

Pewnego dnia pomyślałem, że skoro pół świata słucha jakiejś muzyki to coś w niej musi być. Przynajmniej w części. Nie pamiętam co było punktem zapalnym tej zmiany, ani dlaczego padło akurat na zespół Queen. Niemniej ściągnąłem sobie dyskografię tegoż zespołu, wybrałem piosenki, które mi się najbardziej podobały i słuchałem ich sobie.

Po jakimś czasie zapytałem grupy znajomych czy mogą mi polecić jakieś utwory muzyki popularnej. Padło wtedy wiele ciekawych tytułów, które do dzisiaj uwielbiam, jednak najbardziej w pamięć zapadła mi piosenka „Africa” zespołu Toto (na marginesie dodam, że uważam tę piosenkę za biało-afrykańskie Romeo i Julia, ale to tylko moja luźna interpretacja).  To był drugi punkt przełomowy w mojej „rewolucji”.

Ostatnim i najważniejszym elementem układanki jest moment, w którym dostałem od mojej dziewczyny playlistę 425 utworów (29h) piosenek, które specjalnie dla mnie wybierała z całego znanego jej repertuaru, świata i czasów, zupełnie bez okazji. Przyznaję ze wstydem, że kiedy dostałem tę play listę nie widziałem jak właśnie otwierają się przede mną na oścież zaledwie wcześniej tylko uchylone drzwi do wspaniałego świata. Podziękowałem jakbym dostał ładne skarpetki i zacząłem jej słuchać.

Szybko spostrzegłem w jakim byłem błędzie, podziękowałem dużo ładniej niż wcześniej i już z czystym sumieniem wpadłem w objęcia świetnej muzyki z całego świata.

Przy tym wszystkim wciąż ten „pierwszy” i „najlepszy” pozostawał zespół Queen. To ich piosenki podobały mi się najbardziej oraz największa część ich piosenek była dla mnie warta uwagi. I tutaj uwaga, bo fani queenu mogą się poczuć zażenowani – nie lubiłem Bohemian Rhapsody. Kiedy lądowało na play liście przełączałem na następny utwór, szukając piosenek, które lepiej rozumiem, są mniej zróżnicowane. I tutaj na pomoc przyszli harcerze, którzy raz zaczęli przy mnie śpiewać tę piosenkę (swoją drogą jak na wykonanie solo, w ciasnym, pełnym harcerzy  autobusie było świetne) oraz zastanawiać się nad jej treścią. W między czasie dziewczyna pokazała mi wykonanie tej piosenki przez zespół Pentatonix. Wtedy pochyliłem się nad nią głębiej. Przeczytałem trochę o jego historii, możliwych interpretacjach, wyrobiłem sobie własną – i teraz to jest mój ulubiony utwór Queen’u.

I teraz dochodzimy do sedna wpisu. Otóż niedawno dostałem kolejny niesamowity prezent od dziewczyny. W jednym z Poznańskich kin w sobotę 27.10 puszczono przed-przedpremierowo (normalna przedperemiera miała być 28.11) film o historii zespołu Queen pt. „Bohemian Rhapsody”, a ja zostałem zaproszony na ten seans.

Spodziewałem się dobrego, ale jednak nie porywającego filmu o zespole. Trochę koncertów, trochę zakulisowych romansów, może trochę ciekawostek czy smaczków – wszystko ubrane w jakąś fabułę, która ma więcej lub mniej wspólnego z prawdziwą historią zespołu.

Zamiast tego dostałem wciskający w fotel i wyciskający łzy obraz, którego głównym bohaterem był młody pars z krzywym zgryzem, który chciał być kimś więcej, więc wstąpił do małego, grającego po klubach zespołu. Początek filmu chociaż w moim odczuciu nie pomijał istotnych szczegółów, a nawet potrafił zatrzymać się na chwilę gry na fortepianie, nie trwa zbyt długo. Zespół szybko wydaje pierwszą płytę oraz pnie się coraz wyżej. Podobne tempo akcji towarzyszy widzowi praktycznie przez cały film, co nie męczy i nie nudzi.

To co mnie najbardziej urzekło w filmie urzeka też w twórczości Queen’u – zaangażowanie publiczności. Widz razem z postaciami na ekranie się cieszy, płacze, smuci, gardzi, nienawidzi, denerwuje się, czeka i przebacza. Emocje nie są przesadzone, ale wyraźne, film wyraźnie jest nastawiony na ich przekazanie. Sama historia, która tocząc się wyzwala te wszystkie emocje jest porywająca i trzyma w napięciu, przynajmniej osoby, które nie były wcześniej zaznajomione z historią zespołu, takie jak ja. Jednak reżyser po serii wzruszeń, radości, złości i zaskoczeń oferuje widzowi piękny prezent na koniec – pożegnanie. Długie, wzruszające i niezwykle zajmujące pożegnanie z głównym bohaterem i całym zespołem.

Ze strony technicznej dodam jeszcze, że aktorzy grający bohaterów w filmie nie tylko byli świetnymi artystami, ale również byli uderzająco podobni do członków zespołu.

Nie wiem jakie miało być przesłanie tego filmu, ani nie zamierzam narzucać, ani nawet sugerować nikomu tego jakie ma ono być. Swoje przemyślenia zachowam dla siebie. Na koniec napiszę, że to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem.

Dziękuję, że mogłem go oglądnąć!



Photo by Matthias Wagner on Unsplash  Tym razem nie znalazłem wśród swoich zdjęć żadnego pasującego, a nie chciałem kraść żadnego plakatu, czy banneru ze strony zespołu, czy filmowców.

Comments

(0 Comments)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *