Rynkowa służba zdrowia – dlaczego jeszcze nie czas?

To trochę dziwne, że tak zagorzały wolnorynkowiec jak ja nie postuluje natychmiastowej prywatyzacji służby zdrowia w Polsce. Ale mam ku temu swoje powody, które przedstawiam niżej.

Służba zdrowia jak sama nazwa wskazuje jest przeznaczona do dbania o nasze zdrowie. Pomińmy tutaj co to znaczy ‘zdrowie’ bo jest to temat szeroki, a lekarze z całego świata sprzeczają się o jego dokładne określenie. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy, że ‘zdrowie’ oznacza stan, w którym my czujemy się całkiem dobrze, a lekarz spytany o konsultacje powie, że ‘generalnie jest dobrze, proszę więcej ćwiczyć, mniej pić i nie palić’. Ta mało naukowa definicja wystarczająco odpowiada potocznemu rozumieniu tego słowa.

Pominęliśmy kwestię znaczenia słowa ‘zdrowie’ głównie dlatego, że w obecnej ‘służbie zdrowia’ paradoksalnie mało kogo ono obchodzi. Liczą się wskaźniki, limity, godziny i ilości. Świetnie obrazuje tę sytuację powiedzenie ‘operacja się udała – pacjent zmarł’, które co prawda rzadko jest używane dzisiaj bezpośrednio do opisywania rzeczonych operacji, ale nie wzięło się znikąd. I to jest główny argument zwolenników prywatyzacji służby zdrowia.

Według osób, które chcą aby lekarze leczyli ludzi na znacznie bardziej niż obecne rynkowych zasadach taki system postawiłby chorego w roli klienta, którego potrzebą jest wyzdrowienie, wobec czego za to płaci. A im więcej zapłaci tym będzie miał zapewnioną lepszą opiekę – dokładnie tak samo jak jest z jedzeniem, ubraniami czy sprzętem AGD.

Trudno się nie zgodzić, że struktura rynku szpitali i usług lekarskich wyglądałaby znacząco inaczej w systemie wolnorynkowym niż teraz. Lekarze, u których czekałoby się w kolejce 3 miesiące (to i tak mało) przegrywaliby konkurencję o klienta z tymi, którzy przyjmują w perspektywie dwóch tygodni. Szpitale współpracujące z dużymi i renomowanymi ubezpieczalniami miałyby stały rynek zbytu w postaci klientów, za których płaciłyby owe ubezpieczalnie, wobec czego opłacałoby się je prowadzić, z czego z kolei wynika, że na rynku panowałaby zdrowa konkurencja o klienta. I tak dalej i tak dalej. Nie ma powodu, żeby twierdzić, że w długiej perspektywie system nie mógłby być znacznie bardziej efektywny. I możliwe, że nawet byłby całościowo tańszy.

Problem jest taki, że obecnie nie ma najmniejszego znaczenia, czy system wolnorynkowy na rynku służby zdrowia byłby bardziej lub mniej opłacalny dla całego społeczeństwa niż obecny system, który bez przekłamań można nazwać systemem państwowej służby zdrowia. Dlaczego? Bo zanim ktokolwiek nawet zaproponuje chociażby zwrócenie oczu w stronę wolnego rynku lekarzy już ten pomysł ma znacznie więcej przeciwników niż zwolenników.

W każdym społeczeństwie niezwykle ważne jest zaufanie. Społeczeństwo znacznie lepiej działa kiedy idący ulicą człowiek ufa (najlepiej nawet nieświadomie), że mijani ludzie nie wbiją mu nagle noża pod żebra. Zaufanie niezwykle pomaga w kontaktach biznesowych – firma, która zapracowała na zaufanie kilkudziesięcioma terminowymi transakcjami w przypadku problemów łatwiej dostanie przedłużony kredyt kupiecki niż firma, która chce się spóźnić już przy pierwszej transakcji. Nawet powstają specjalne Towarzystwa Biznesowe, które zrzeszają właścicieli firm właśnie w celu zwiększania zaufania między nimi. Członkowie takiego Towarzystwa jadają razem śniadania w każdy czwartek i składają sobie życzenia na święta. A przecież nie oszukasz kogoś, z kim spotykasz się co tydzień w gronie wspólnych znajomych.

To samo dotyczy służby zdrowia. Poziom zaufania w przypadku naszego zdrowia jest nawet ważniejszy niż w wielu innych przypadkach. Kupując nowy, drogi komputer ufamy, że wszystko będzie z nim w porządku – jeżeli jednak nie będzie działał jak należy zareklamujemy go, jak coś się zepsuje to skorzystamy z gwarancji, a jeżeli to wszystko nie zadziała to w najgorszym wypadku po prostu stracimy trochę pieniędzy, da się żyć. W przypadku zdrowia jest inaczej. Musimy znacznie bardziej zaufać lekarzowi, który ma przeprowadzić na nas zabieg niż sprzedawcy, który sprzedaje nam komputer, nawet wtedy kiedy za komputer płacimy wiele więcej niż za zabieg. Dzieje się tak ponieważ w przypadku zepsutego zabiegu mamy do stracenia znacznie więcej niż kwotę jego ceny.

I właśnie w naszym Polskim społeczeństwie największe zaufanie wzbudza już od lat ogromna i rozrośnięta instytucja państwa. Przy równoczesnym niezwykle niskim zaufaniu do polityków (w rankingach prestiżu zawodów politycy zawsze są najniżej, tak jak strażacy zawsze są najwyżej), przy wielu skargach na pracę urzędników, opieszałość urzędów, ilość błędów Urzędu Skarbowego oraz po prostu istnieniu ZUSu wciąż kiedy coś ma łatkę ‘państwowe’ wzbudza największe zaufanie. Owszem, obywatele spytani bezpośrednio o to czy ufają państwu odpowiedzą, że nie, że złodzieje, że ograniczają wolność albo ‘za poprzedniego rządu to bym ufał’. Ale wystarczy spytać o to co ktoś sądzi o prywatnym szkolnictwie, dostępie do broni albo prywatnym wymiarze sprawiedliwości – i nagle wszystko co państwowe dostaje przymioty sprawiedliwości, uczciwości, bezstronności.

Wobec tego kiedy za szpitalem oraz lekarzem stoi powaga instytucji państwa ludzie podświadomie odbierają je lepiej. To jest powód, a przynajmniej jeden z wielu powodów, pewnego ciekawego zjawiska – nawet kiedy ktoś wykazuje, że rynkowa służba zdrowia miałaby działać lepiej, efektywniej, taniej niż państwowa to wciąż typowemu przedstawicielowi ufającego państwu społeczeństwa odbiór takich wyliczeń nie wiele zmienia w podejściu do rynku zdrowia. Na marginesie można dodać, że taki stan rzeczy może zależeć również od prostego skojarzenia – dzisiaj lekarz państwowy jest ‘darmowy’ a prywatny kojarzy się z dużymi opłatami, wobec czego wiara w przedstawiane obliczenia od razu jest podświadomie podkopywana na podstawie osobistych doświadczeń, nawet jeżeli ktoś świetnie rozumie, że w warunkach rynkowych wyglądałoby to zupełnie inaczej.

Kolejnym deficytem zaufania jaki uniemożliwia w krótkim okresie przejście z obecnego systemu służby zdrowia na bardziej wolnorynkowe formy organizacji jest deficyt zaufania do prywatyzacji. Polacy jako społeczeństwo jeszcze świetnie pamiętają uwłaszczenie nomenklatury, po którym wielu wzbogaciło się zupełnie bez żadnej zasługi, czy nawet umiejętności. Kto miałby ‘dostać’ te wszystkie bądź co bądź bardzo drogo wyposażone szpitale? Kto miałby decydować o tym ile zarabiać ma lekarz, czy pielęgniarka? Nawet najwięksi zwolennicy wolnego rynku nie mogą z czystym sumieniem powiedzieć, że w dzisiejszej rzeczywistości na sto procent decydowałby o tym klient poprzez mechanizmy rynkowe.

Ponadto od lat Polacy straszeni są wielkimi koncernami medycznymi. Tymi samymi, których produkty codziennie kupują w ilościach wystarczająco dużych, żeby firmom opłacało się wynajmować ogromną część (niektórzy mówią nawet o połowie) czasu antenowego przeznaczonego na reklamy. Strach przed zagranicznymi koncernami nie jest do końca racjonalny, ale to nie czyni go ani trochę słabszym. A przecież w procesie prywatyzacji służby zdrowia wiele z tych ogromnych przedsiębiorstw dysponujących wielkim kapitałem, kontaktami oraz doświadczeniem na pewno połasiło by się na wejście na nowy, ogromny, bardzo chłonny i niezbyt wymagający rynek, jakim jest przyzwyczajona do kolejek u lekarza Polska. Jeżeli na zasadach rynkowych pozwolimy wspominanym koncernom kupić co będą chciały – mamy po pierwsze ogromne pole do nadużyć (chociażby łapówek) oraz tłumy przeciwników, których sprzeciw będzie bardzo wyraźnie słychać. Jeżeli nie umożliwimy owym przedsiębiorstwom wejść na nasz rynek – wtedy będziemy mieć na nim znacznie mniejszych aktorów bez doświadczenia i kapitału, jaki bardzo ułatwiłby start w nowej rzeczywistości. No i nie wiem jak powstrzymać zagraniczne koncerny przed zakupem infrastruktury na rynku wtórnym, który wcale niekoniecznie musi być oficjalny.

To wszystko powoduje, że nawet jakby krajowe zasoby służby zdrowia przeszły w ręce prywatne przestając być finansowane przez Skarb Państwa to wciąż nie udałoby się wprowadzić w pełni rynkowego systemu dbania o zdrowie społeczeństwa. Obecnie każda branża mniej lub bardziej jest obarczona jakimiś regulacjami. Nawet najbardziej wolnorynkowe gałęzie rynku rozbijają się w końcu o zwiększone koszty przez podatki, konieczność pisania setek stron sprawozdań dla różnych urzędów oraz chociażby odgórnie narzucone prawo pracy. Służba zdrowia jest w tym wszystkim pod szczególnym nadzorem nie tylko organów państwowych, ale również ponadnarodowych organizacji, jak Unia Europejska, czy nawet WHO, oraz inne mniejsze lub większe, w tym prywatne organizacje, które będą albo mocno lobbować, albo wręcz nakazywać wprowadzenie regulacji branży zdrowia w naszym kraju.

Liczba głosów optujących za regulacjami daje wręcz pewność, że nawet w pełni urynkowiony system dbania o zdrowie szybko stawałby się coraz mniej rynkowy. Każda kolejna regulacja zmniejszałaby możliwość rynku do samoregulacji oraz utrudniałaby działalność na nim. Przeregulowana branża byłaby coraz mniej efektywna, a to z kolei dodawałoby więcej argumentów przeciwnikom urynkowienia zdrowia, oraz zwolennikom wprowadzenia większej ilości regulacji. Koło się zamyka, nawet jeżeli w efekcie byłoby lepiej (np. taniej) niż przed urynkowieniem to każda kolejna porażka byłaby wyolbrzymiana jako poważny argument przeciwko wolnemu rynkowi.

Nie stać nas na rynkową służbę zdrowia. Nigdy nas nie będzie stać na jej prywatyzację jeżeli nie zmieni się w społeczeństwie zaufanie do instytucji rynkowych i organów państwowych. Nie stać nas nawet na postulowanie uwolnienia rynku zdrowia, ponieważ na około jest bardzo wiele innych, bardziej pilnych i mających znacznie lepsze perspektywy na uwolnienie sfer życia. Po co więc marnować czas i zasoby tam gdzie sprawa jest na razie beznadziejna, skoro można działać znacznie żywiej w innych obszarach – równocześnie powoli przygotowując grunt pod zmianę i w tej branży. Bo nic nie zmienia się tak wolno jak zaufanie.

Na zdjęciu jakiś w miarę powiązany z medycyną budynek z Norwegii, gdzie ponoć służba zdrowia jest jeszcze bardziej denerwująca dla klienta niż u nas – przynajmniej według mieszkających tam moich znajomych.

Comments

(0 Comments)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *