Lwów – czyli taki Kraków, tylko nie do końca

Ukraińcy nie potrafią parzyć herbaty. Przynajmniej ci pracujący w tych lokalach, w których byłem w czasie wyjazdu, a podobno byliśmy w tych najbardziej wartych odwiedzenia. Nie narzekam, bo poza tym te knajpy były naprawdę świetne, klimatyczne i z dobrym jedzeniem. Tak czy siak przez to pijałem kawę. Wypiłem we Lwowie najwięcej kawy w życiu, bo około sześciu porcji. Swoją drogą najlepsza okazała się kawa mrożona w lokalu Urban Coffee (czy jakoś tak), czyli jakiejś sieciówce, której w Polsce nie widziałem, ale może dlatego, że nie szukałem.

Wspomniana kawa mrożona kosztowała 38 hrywien, czyli trochę ponad 5 złotych – na środku rynku, w popularnej sieciówce. To daje mniej więcej obraz cen w tym pięknym mieście. Za duże, sycące i bardzo smaczne śniadanie dałem około 21 złotych i to tylko dlatego, że naleśniki były bardzo drogie, a wziąłem dwa. Pierwszego dnia nie odmawiałem sobie absolutnie niczego a wydałem w sumie plus minus 45 złotych. Zaczynam od cen, bo dla wielu ludzi ceny podróży są główną determinantą ich odbycia. Dla takich osób Lwów to świetny kierunek Nocleg też był tani, chociaż w hotelu było czuć, że to jednak Ukraina.

Poza cenami wszystko inne również zachęca do zwiedzenia Lwowa. Jest całkiem blisko – jechaliśmy tam autobusem około 5h, nie licząc stania na granicy. W drodze powrotnej, stojąc w kolejce do kontroli celnej około 5-6h (nie jestem pewien ile dokładnie, bo początek przespałem) doceniłem fakt bycia obywatelem UE. No ale jadąc do Hiszpanii nie dostaniecie pieczątek do paszportu

Fot – widok z wieży ratuszowej

Zabytków jest albo bardzo dużo – albo jest jeden duży. Starych kamieniczek we Lwowie jest chyba jeszcze więcej niż w Krakowie. Za to znacznie mniej jest nowych kamieniczek, odnowionych kamieniczek, albo chociaż nie rozpadających się kamieniczek. Ale cóż, to dodaje klimatu Nawet niektóre ważniejsze budynki rzadko są ładnie odnowione, jak katedra, którą mam na zdjęciach ale nie zapamiętałem pod czyim wezwaniem jest.

Za to wszędzie coś jest. Idzie się dowolną uliczką i natrafia na pomnik, muzeum, park, urokliwe uliczki, znaną restaurację, kościół, ulicę o kontrowersyjnej dla polaka nazwie, ulicę o bardzo polskiej nazwie, sklep ze znaną czekoladą, ciekawy mural, podwórko z opuszczonymi zabawkami (nie chodźcie tam w nocy ;/)… Nie da się nudzić. Nawet jak próbowaliśmy.

Podwórko opuszczonych zabawek.

Komunikacja między tymi ciekawymi miejscami była równie ciekawa co te miejsca. Otóż środków komunikacji publicznej były cztery rodzaje – miejskie autobusy i trolejbusy, które niewiele odbiegają od znanych nam autobusów, tramwaje najczęściej stare, ale również nie kontrowersyjne i… marszrutki, czyli taksówki zbiorowe. Żółte, rozpadające się, charczące, prawie zawsze pełne ludzi po brzegi (a i tak dało się wsiąść). Porównałbym je do szkolnego łobuza, który na korytarzu czuje się jak u siebie i to jemu trzeba ustępować drogę. Z ciekawostek – na każdy z tych środków transportu bilety kupowało się u kierowcy, zawsze za 5 hrywien – nie ważne gdzie się jechało ani jak długo. 5 hrywien i koniec. Z racji na częsty tłum wykształcił się ciekawy mechanizm – wsiadasz bez biletu na tył pojazdu, podajesz 5 hrywien do przodu dowolnej osobie, ona podaje banknot/y dalej aż dotrą one do kierowcy, od którego tą samą drogą wraca bilet. Proste, logiczne, magiczne. A i kasownik jest na dźwignię, zostawiał dziury w bilecie i przy okazji miął go nie do poznania. To długi akapit, ale muszę dodać, że marszrutki jeżdżą jak chcą. Rozkład jazdy jest dla mięczaków.

Pisałem, że nic nie jest odnowione? Myliłem się – najważniejsze części cmentarza Łyczakowskiego były jak nowe, jakby ktoś właśnie przejechał je odkurzaczem przetarł szmatką i robił zdjęcia. W tym cmentarz obrońców Lwowa. Bardzo ładne miejsce, zrobiłem tam chyba najwięcej zdjęć w jednym miejscu. Reszta cmentarza jest bardzo klimatycznie niezadbana. Wysoka trwa wystająca między grobami, wyrastające krzaki, dzikie ścieżki. Dzisiaj znamy takie widoki raczej z filmów i gier komputerowych.

Cmentarz Łyczakowski w tej trochę mniej znanej odsłonie.

Był cmentarz, była kawa, były marszrutki, był odpadający tynk. Chyba niczego nie pominąłem. Wrzucę trochę zdjęć, które zrobiłem, ale najlepsze będę co jakiś czas publikował na moim Instagramie

Jedźcie do Lwowa!

Pomnik neptuna pod ratuszem.

Cmentarz Orląt Lwowskich.

Świeczki z jednej świątyni.

Comments

(0 Comments)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *