To mnie rozwinęło w życiu najbardziej

Gdzieś kiedyś jakoś natknąłem się na pytanie – jaka książka najbardziej na Ciebie wpłynęła? Albo – z jakiej książki najwięcej się nauczyłeś?

Nie potrafię odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Przeczytałem całkiem sporo książek (jak na mój wiek oczywiście) i chciałbym móc powiedzieć, że z każdej się czegoś nauczyłem. Czy to jest prawda? Też ciężko stwierdzić, bo po prostu nie pamiętam dosłownie wszystkich książek jakie czytałem. Musiałbym usiąść i poważniej się nad tym zastanowić – a umówmy się, wolę zamiast tego poczytać kolejną książkę.

W zamian za to potrafię powiedzieć jaka aktywność mnie najbardziej rozwinęła. Bez żadnych wątpliwości jest to harcerstwo. A konkretnie pełniona przeze mnie funkcja drużynowego. Dla mniej wtajemniczonych podpowiem, że drużyna to podstawowa jednostka struktury ZHP licząca najczęściej około 20 osób, drużynowy organizuje jej czas (zbiórki, wyjazdy), dba o bezpieczeństwo, koordynuje pracę zastępowych (zastępy to wydzielone grupy wewnątrz drużyny), dba o rozwój członków drużyny i takie tam. Drużynowy najczęściej ma do pomocy przybocznego, taką prawą rękę – ja też miałem, dwójkę (jednego po drugim), ale to inna historia trochę.

Moi Wenedowie tworzyli drużynę Starszo Harcerską – czyli wiek gimnazjalny (dla niewtajemniczonych to wiek od 13 – 16 lat). W logo 49 DSH "Wenedowie" ma księżyc w pełni.

To powinno być na końcu, ale ciśnie mi się już tutaj, więc napiszę od razu – wiem, że masę rzeczy zrobiłem źle, nienajlepiej, słabo, średnio. Wiele rzeczy już teraz wiem jak mogłem poprawić, albo wiem, że wymagałyby poprawienia nawet jeśli jeszcze nie mam pomysłu jak. Czasami byłem leniwy, czasami o czymś zapominałem, czasami po prostu coś psułem – ot jak to człowiek.

Równocześnie jest kilka rzeczy, z których jestem tak strasznie dumny… Nawet nie mówię o poszczególnych wydarzeniach (wydaje mi się, że robiłem całkiem fajne gry nocne na przykład), bo z tym bywało lepiej bądź gorzej, ale przede wszystkim z relacji.

Zacznijmy od tego, że wszystkich moich Wenedów lubiłem. Wszystkich. Każdego oczywiście na swój sposób, bo każdy był inny (używam czasu przeszłego bo już nie jestem drużynowym, dalej się z nimi widuję). I mam wrażenie, że bardziej lub mniej ale oni lubili też mnie, oraz siebie nawzajem. Bardzo chciałbym, żeby była w tym moja zasługa i nieskromnie wydaje mi się, że jakaś tam część zależała ode mnie.

Znalazłem ostatnio podsumowanie jakiegoś obozu, chyba z 2014 roku. Robi się je w ten sposób, że zaczynając od środka kartki rysuje się proste linie biegnące do jej brzegów, pod różnymi kątami. Jak promienie w kole. Tak powstałe obszary nazywa się odpowiednio do ocenianej kategorii – jedzenie, baza, zajęcia, drużynowy i tak dalej. Następnie prowadzący (ja) wychodzi, a uczestnicy mają za zadanie narysować po jednym kółku czy kropce w każdym z owych obszarów – tym bliżej środka im dany obszar był bardziej super i dalej im bardziej się im nie podobał. I o ile w różnych kategoriach oceny były mniej lub bardziej zróżnicowane (np. baza obozowa była dość słaba wtedy i dostała słabe oceny) o tyle najbliżej środka najbardziej zapełniony był obszar 'Wenedowie'.

Poza tym praca z drużyną wymagała sporo dyscypliny. Organizowania zajęć – a więc ich wymyślania, przygotowania, zakupienia ewentualnych materiałów, przeprowadzenia. Organizowanie wyjazdów – samodzielne albo współorganizowanie z kimś wyżej (chociaż to jest mniej skomplikowane). To sprowadzało się do organizowania noclegu, czasu na wyjeździe, wyżywienia, formalności (jak na przykład ubezpieczenie) czy chociażby do wymagania od podopiecznych wszystkich formalności i pieniędzy na czas.

Z tym, że organizacja tego wszystkiego nie była najtrudniejsza. Tam trzeba było się spiąć, trochę pomyśleć, czasami czegoś poszukać, kogoś zapytać o radę – ale wszystko do zrobienia. Najtrudniejsze było pilnowanie się. Żeby być cierpliwym, żeby pytać o zdanie, słuchać co mają do powiedzenia, brać to pod uwagę. Poza tym trzeba było pilnować Wenedów. Nie dlatego, że mieliby sobie nie radzić – wtedy bym ich nigdzie nie puszczał i byłby spokój. Właśnie dlatego, że bardzo dużo potrafili, bardzo dużo mogli trzeba było wiedzieć gdzie są. Nie tylko na wypadek jakichś wypadków czy coś – ale chociażby po to, żeby ich zawołać na obiad jeżeli przegapią godzinę, albo coś takiego. To też uważam, że mi całkiem nieźle wychodziło.

Tyle, nie będę się jeszcze bardziej rozpisywał. Angażujcie się w takie rzeczy, bo naprawdę warto. Już nawet pomijając przyjaźnie na całe życie i setki świetnych chwil (co jest nawet ważniejsze) – po prostu można się nauczyć masę rzeczy.


P.S. Dla tych, których denerwuje moje bezczelne chwalenie się niech ten wpis będzie reklamą funkcji drużynowego, a dla tych, którzy nie lubią agitacji harcerstwa niech to będzie moje bezczelne chwalenie się. Jeżeli nie lubicie ani jednego ani drugiego to sorry, wszystkim nie dogodzę ¯\_(ツ)_/¯.

 

Comments

(0 Comments)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *